środa, 3 kwietnia 2013

Uratujmy dłonie kremem do stóp!

Cześć.


Zza zasłony zimowej depresji, postanowiłam napisać o pierwszym specyfiku do stóp jaki się tu pojawi.

Szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia skąd wziął się w mojej szafce. Osobiście raczej nie kupuję produktów do stóp i uważam to za zaniedbanie. Ale nigdy jakoś nie czułam palącej potrzeby. Kiedy już się magicznie pojawił postanowiłam uraczyć mazidłem opokę mojej aktywności.






Tu muszę nadmienić, że moje stopy mają się dobrze, żadnych większych problemów typu nadmierne zrogowacenie naskórka czy spora potliwość nie zauważyłam. Jednak bywają przesuszone na podeszwie.

Lirene stosowałam, kiedy akurat mi się przypomniało, choć miałam lepszy tydzień, gdy robiłam to codziennie wieczorem. Nie potrafię określić umiarkowanej dawki kremu na stopy, więc zazwyczaj kończę z powłoką, która sprawia, że rozjeżdżam się do szpagatu spokojnie stojąc. Dlatego też krem stosuję tuż przed pójściem spać lub ratuję sytuację grubymi, ciepłymi skarpetami.

Od kremu oczekiwałam tylko zażegnania suchości naskórka ale okazał się bardziej rozrzutny i dostałam coś gratis. Skóra faktycznie była bardziej odżywiona, miła w dotyku, bez suchych 'zadziorków', które tworzą się po używaniu pumeksu. Ten stan utrzymywał się przez ok. 3 dni po jego użyciu, więc ma on działanie długotrwałe albo moja skóra przy odrobinie pomocy potrafi dać czadu.

Ale muszę przyznać, że to nie jego działanie na stopach sprawiło, że zapragnęłam go opisać. Przy okazji smarowania dolnych kończyn musiałam ubrudzić moje rączęta, a nie chcąc marnować potencjalnego nawilżacza rozsmarowywałam go również tam.





Tutaj sprawował się jeszcze ładniej. Całe życie zmagam się z alergią skórną i atopowym zapaleniem skóry, więc moje ręce nie wyglądają jak ręce dwudziestolatki. Są suche i trochę zaczerwienione, miejscami popękane. Mam obsesję nawilżania ale nic nie wystarcza mi na dłużej niż 2-3 godziny.
Natomiast pozostawienie większej warstwy Lirene i włożenie rąk do nitrylowych rękawiczek skutkowało dłuższym czasem spokoju. 

Krem do stóp świetnie sprawdzi się w obszarze łokci. Ten fragment ciała jest zazwyczaj mocno strudzony życiem, a niedoceniany.

Postanowiłam również nim posłużyć się w kwestii ratowania rąk mojej mamy, która należy do personelu medycznego, więc musi bez przerwy myć dłonie agresywnymi środkami. Zapach przeszkadzał jej bardzo, więc po wywalczonym pół godziny krem został zmyty. Ale zdołał zdziałać sporo dobrego, zniknął białawy nalot, jaki tworzył mocno przesuszony naskórek, wygładziły się mniejsze zmarszczki jakie tam powstały. A inny krem, o mniej drażniącym zapachu utrzymał to działanie do końca dnia.

Z wydajnością też stoi nieźle. Przy moim użytkowaniu powinno go nie być już jakiś czas temu. Wbrew obliczeniom nie mam nawet problemów z wydobywaniem go z tubki, co oznacza, że się nie kończy.

Ogólne wrażenie: Dla wymagających stóp raczej nie będzie odpowiednim wyborem. Za to sprawdzi się na rączkach.
Dostępność: W większości drogerii.
Koszt: Ok. 10 zł za 75 ml, ja mam opakowanie promocyjne - 100ml


Wy również znajdujecie inne zastosowanie dla swoich kosmetyków, czy może trzymacie się zaleceń producenta?

5 komentarzy:

  1. Raczej trzymam się zaleceń producenta :P
    a jak już to szampon zamiast płynu do wanny leję :P
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja używam kosmetyków wymyślając im zastosowania... bo w końcu chodzi o skutecznosć, prawda? Kremu do stóp już używałam kiedyś do rąk i faktycznie pomógł, bo miał wysoką zawartość urea.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja peeling do stóp użym do całego ciała, jak zobaczyłam efekty na stopach ;)

    OdpowiedzUsuń