środa, 17 kwietnia 2013

DIY Peeling do ust

Cześć.


Znacie problem suchych skórek, które od czasu do czasu pojawiają się na ustach? Zakładam, że tak. W pewnym momencie zaczynają być tak irytujące, że próbując się ich pozbyć zahaczamy o nie zębami, wyglądając przy tym, jakbyśmy próbowały połknąć własne usta. Idiotyczne, a w konsekwencji ciągniemy złapaną skórkę do oporu kończąc z małą i piekącą ranką, która doprowadza do szału znacznie szybciej niż skórka.

Przybyłam by Was wybawić! Proponuję prosty, tani i przyjemny sposób, dzięki któremu pozbędziecie się tego typu niedoskonałości i przy okazji nawilżycie okolice ust.

Jak wspomniałam rozwiązanie jest proste - peeling. Stosujemy go na twarz ale zazwyczaj omijamy okolice ust i oczu. I bardzo dobrze, bo peelingi do twarzy są zbyt agresywne dla tej wrażliwej skóry.
Natomiast peeling, który zrobimy same jest całkowicie przyjazny i dla środowiska, i dla nas.  





Czego potrzebujemy? 

Wazeliny 
Cukru





Tutaj objawia się nasza władza, cukier może być drobny lub w wielkich kryształach, możemy dodać go odrobinę lub całkiem sporo. Wszystko zależy od potrzeb. 

W wykonaniu nie ma wielkiej filozofii, łączymy wybraną ilość składników i nakładamy na usta. Masujemy je w bardzo delikatny sposób kolistymi ruchami, nie za długo ale też nie przesadźmy z ostrożnością, bo wtedy całość jest bezcelowa. Po prostu, kiedy poczujecie, że już wystarczy zdejmijcie wilgotną ściereczką resztki cukru. A później cieszcie się bajecznie gładkimi i nawilżonymi ustami :) 



Teraz nikt się im nie oprze ;) 


Polecam wykonać taki peeling przed nakładaniem pomadki nude, jasne kolory lubią podkreślać nierówności. Ale nie robimy tego częściej niż raz w tygodniu. 

Jeśli zostanie go sporo można zachować go w pudełeczku do następnego razu albo zadbać, przy okazji, o swoje dłonie. Ewentualnie zafundować całuśne usteczka całej rodzinie.


Stosujecie peelingi do skóry wokół oczu i ust? Może wydaje się Wam to zbyt agresywne?


sobota, 13 kwietnia 2013

Filry przeciwsłoneczne

Cześć. 


Wiosna powoli zaczyna się pokazywać, słoneczko świeci, może nie cały dzień ale zawsze coś. Uważam, więc że jest to świetny moment by porozmawiać o kremach przeciwsłonecznych.

1

Żeby zachęcić do chronienia swojej drogocennej skóry przed słońcem przedstawiam powyższe zdjęcie. Szacuje się, że promienie słoneczne są odpowiedzialne za 90% zniszczeń zachodzących w skórze.  Dosyć szokujące jak bardzo tak niepozorna sprawa może wpłynąć na nasz wygląd. 

Promienie słoneczne niszczą włókna kolagenowe, wysuszają cerę i w konsekwencji tworzą zmarszczki. Dokładnie takie samo działanie mają lampy w solariach. 

Nie trudno zgadnąć, że jestem przeciwniczką wizyt w solariach i opiekania się w świetle naturalnym, bez względu na to czy w ogródku, czy na plaży bez ochrony.

Jeśli nie mamy ochoty na przedwczesną siateczkę zmarszczek możemy w łatwy sposób zredukować potencjalne konsekwencje. Ratunkiem tu są blokery słoneczne. Występują w wielu formach: kremu, emulsji, pudru, zawarte w olejach (np. ryżowym), w podkładach, a nawet korektorach.
Jak widać dostępność jest całkiem spora, w każdej sklepie kosmetycznym, aptece, nawet w supermarkecie znajdziemy jakiś filtr. 

Mi filtry towarzyszą każdego dnia od kilku ostatnich lat, stosuję je przede wszystkim na twarz, w formie kremu, a to co zostanie ląduje na rączkach. 




Zdecydowanie skłaniam się ku ochronie 50+, a pharmaceris wypuściło bardzo udany produkt w tej materii. Jest on raczej lekki, o neutralnym wykończeniu, bez świecenia, choć nie jest to mat. Zaobserwowałam minimalnie bielenie, które po kilku minutach zanika. Nie podrażnia oczu i jest całkiem wydajny ale bez szaleństw. Zdecydowanie mój ulubiony z tej dwójki. 

30+ od sorayi jest zdecydowanie bardziej tłusty i cięższy od poprzednika. Nie bieli ale ma zdecydowanie mniejszy filtr. Zapach może być drażniący, a szczególnie dla oczu. Po nałożeniu go świecimy się nieprzeciętnie ale dla suchej cery jest w sam raz, może nawet zastąpić krem na dzień. Wydajnością przypomina pharmaceris i jest tej samej pojemności - 50 ml. 



A Wy jak chronicie się przed słońcem? Czy w ogóle to robicie?

czwartek, 11 kwietnia 2013

Wyniki rozdania

Cześć. 


Dzisiaj ogłaszamy wyniki rozdania.



W drodze losowania, gdzie kolejność głosów stawała się numerkiem zgłaszającego wylosowałam:





Numer 31 to owad09

Gratuluję i proszę o kontakt na maila: 
beautyandpetit@gmail.com 




piątek, 5 kwietnia 2013

Bubel nad bublami

Cześć. 


Jakiś czas temu na wyspie bell pojawiły się tinty, zafascynowana ich misją wielogodzinnego trzymania się na ustach, wybrałam się na mini zakupy. Wymaziałam sobie rękę każdym po kolei, tak, że później wyglądałam jak ofiara miejscowego wysypu ospy wietrznej. Po dłuższej chwili zdecydowałam się na numer 3, który przedstawiał soczystą pomarańcz. 

Już początki były kiepskie, nałożony na usta natychmiast zaczął piec. Ale skończyło się tak szybko jak zaczęło, więc po chwili nie  miałam powodu żeby go zmywać. 

Pierwsza warstwa ledwo dawała kolor i układała się nierówno, tworząc smugi. Niezadowolona z efektu nałożyłam kolejną, a później jeszcze jedną, potem następną. Te cztery warstwy nauczyły mnie, że nałożonego tinta nie wolno odbijać na drugiej wardze. Kiedy pomalujesz usta zamierasz w głupiej pozie z wargami ułożonymi w O. Jeśli jedna dotknie drugiej - dupa. Sorry, malujemy jeszcze raz. 




Producent obiecuje niesamowitą trwałość. I owszem takową otrzymujemy niestety w tych partiach ust, które są najbardziej wysuszone. Żeby się pozbyć tych dziwnych plam potrzebny będzie peeling. 





Właśnie! Suche usta, nic mi nigdy tak nie wysuszyło ust! Cholerny badziew! Absolutny przymus w trakcie dnia to natłuszczanie pomadką ust jeśli nałożyłyśmy ten tint. I wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. Jeśli bell zmieszamy na skórze z odrobiną tłuszczu typu np. olej arganowy, otrzymamy mieszankę wybuchową. Ja boleśnie przekonałam się o tym w środku centrum handlowego i pognałam do łazienki. Otóż kolor zabija się w małe grudki i znacznie ciemnieje. W efekcie wyglądałam jak lepsze wersja Edwarda z gorszymi manierami przy stole. 






Przyznaję, że w podstawówce miałam przezwisko Wampir ale to ze względu na metodę samoobrony, jaką obrałam. 





Ogólne wrażenie: Nigdy więcej. 
Dostępność: Szafy bell, wyspy. 
Koszt: 11 zł

Wy też się skusiłyście na tą nowość? Może macie inne doświadczenia niż ja?

środa, 3 kwietnia 2013

Uratujmy dłonie kremem do stóp!

Cześć.


Zza zasłony zimowej depresji, postanowiłam napisać o pierwszym specyfiku do stóp jaki się tu pojawi.

Szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia skąd wziął się w mojej szafce. Osobiście raczej nie kupuję produktów do stóp i uważam to za zaniedbanie. Ale nigdy jakoś nie czułam palącej potrzeby. Kiedy już się magicznie pojawił postanowiłam uraczyć mazidłem opokę mojej aktywności.






Tu muszę nadmienić, że moje stopy mają się dobrze, żadnych większych problemów typu nadmierne zrogowacenie naskórka czy spora potliwość nie zauważyłam. Jednak bywają przesuszone na podeszwie.

Lirene stosowałam, kiedy akurat mi się przypomniało, choć miałam lepszy tydzień, gdy robiłam to codziennie wieczorem. Nie potrafię określić umiarkowanej dawki kremu na stopy, więc zazwyczaj kończę z powłoką, która sprawia, że rozjeżdżam się do szpagatu spokojnie stojąc. Dlatego też krem stosuję tuż przed pójściem spać lub ratuję sytuację grubymi, ciepłymi skarpetami.

Od kremu oczekiwałam tylko zażegnania suchości naskórka ale okazał się bardziej rozrzutny i dostałam coś gratis. Skóra faktycznie była bardziej odżywiona, miła w dotyku, bez suchych 'zadziorków', które tworzą się po używaniu pumeksu. Ten stan utrzymywał się przez ok. 3 dni po jego użyciu, więc ma on działanie długotrwałe albo moja skóra przy odrobinie pomocy potrafi dać czadu.

Ale muszę przyznać, że to nie jego działanie na stopach sprawiło, że zapragnęłam go opisać. Przy okazji smarowania dolnych kończyn musiałam ubrudzić moje rączęta, a nie chcąc marnować potencjalnego nawilżacza rozsmarowywałam go również tam.





Tutaj sprawował się jeszcze ładniej. Całe życie zmagam się z alergią skórną i atopowym zapaleniem skóry, więc moje ręce nie wyglądają jak ręce dwudziestolatki. Są suche i trochę zaczerwienione, miejscami popękane. Mam obsesję nawilżania ale nic nie wystarcza mi na dłużej niż 2-3 godziny.
Natomiast pozostawienie większej warstwy Lirene i włożenie rąk do nitrylowych rękawiczek skutkowało dłuższym czasem spokoju. 

Krem do stóp świetnie sprawdzi się w obszarze łokci. Ten fragment ciała jest zazwyczaj mocno strudzony życiem, a niedoceniany.

Postanowiłam również nim posłużyć się w kwestii ratowania rąk mojej mamy, która należy do personelu medycznego, więc musi bez przerwy myć dłonie agresywnymi środkami. Zapach przeszkadzał jej bardzo, więc po wywalczonym pół godziny krem został zmyty. Ale zdołał zdziałać sporo dobrego, zniknął białawy nalot, jaki tworzył mocno przesuszony naskórek, wygładziły się mniejsze zmarszczki jakie tam powstały. A inny krem, o mniej drażniącym zapachu utrzymał to działanie do końca dnia.

Z wydajnością też stoi nieźle. Przy moim użytkowaniu powinno go nie być już jakiś czas temu. Wbrew obliczeniom nie mam nawet problemów z wydobywaniem go z tubki, co oznacza, że się nie kończy.

Ogólne wrażenie: Dla wymagających stóp raczej nie będzie odpowiednim wyborem. Za to sprawdzi się na rączkach.
Dostępność: W większości drogerii.
Koszt: Ok. 10 zł za 75 ml, ja mam opakowanie promocyjne - 100ml


Wy również znajdujecie inne zastosowanie dla swoich kosmetyków, czy może trzymacie się zaleceń producenta?