wtorek, 12 marca 2013

Przyjaciel każdej splątanej gadżeciary

Cześć. 


O Tangel Teezer było swego czasu bardzo głośno blogosferze, trochę jak z beauty blender. Z uwagi na to, że skusiłam się na kupno tej szczotki w okresie końcowym 'fali' dopiero teraz mogę przedstawić pełną recenzję. 

Oryginalnie był to prezent dla mojej mamy na urodziny, gdyż wtedy miała problem z wypadającymi włosami i wynajdowałam wszelakie sposoby by to zastopować. Mama się z nią nie polubiła, bo po prostu nie lubi poświęcać sobie zbyt dużo czasu - nudzi ją to. Wtedy szczotka została sierotą. A jako, że uwielbiam tego typu zabaweczki zagarnęłam ją z diabolicznym uśmieszkiem. I zaczęło się wielkie testowanie. 





Z rozczesywaniem idzie znacznie łatwiej, szczotka 'przepływa' przez pasma wydając przy tym mało przyjemny dźwięk ale da się przeżyć. Moje włosy jakoś specjalnie się nie plączą ale różnice na prawdę czuć. Jako, że normalne szczotki wbijają się w pasma, a napotykając splątane włosy ich nieelastyczne bolce splątują je bardziej przez siłę jakiej używamy ciągnąc je w dół. 



Przez łatwiejsze rozczesywanie faktycznie wyrywa mniej włosów ale nie zauważyłam jakiejś zatrważającej zmiany w ich ilości na szczotce. Chociaż przestałam mieć wyrzuty sumienia czesząc je kiedy są jeszcze mokre.


Jeśli chodzi o ergonomiczność uchwytu, który jest jednocześnie głową tangle teezer, to muszę powiedzieć, że do moich małych dłoni jest on idealnie dopasowany. Nie zdarzyło mi się żeby wypadł mi z ręki i potoczył się po podłodze ale wiele dziewczyn o tym wspominało. 






Mam włosy krótkie, choć na początku testów były naprawdę długie, więc sprawdziłam oba warianty i muszę przyznać, że szczotka poradziła sobie świetnie. 
Ale będąc szczerą powiem, że jest to bardziej fanaberia niż jakaś niezastąpiona inwestycja. Można z powodzeniem używać szczotki z włosia z dzika lub jego imitacji. Sprawdzi się równie dobrze, a przez twarde włosie krążenie skóry głowy zostanie lepiej pobudzone niż w przypadku tangle. 

Mimo to szczotkę kupiłabym raz jeszcze, jeśli np. gdzieś ją zgubię. Jestem zbyt łasa na gadżety, szczególnie w tak świetnym kolorze, żeby z niej zrezygnować. 



Ogólne wrażenie: Zapracowała na to by ją polecić nawet najlepszej przyjaciółce. Bardzo ją lubię. Przyjaciółkę też. 
Dostępność: W większości drogerii internetowych oraz allegro. 
Koszt: Ten waha się od 40 - 60 zł. Ja z dostawą zapłaciłam chyba 55 zł.


Wy też macie słabość do takich kosmetycznych nowinek? Może przekłada się to również na inne dziedziny?

4 komentarze:

  1. mam tt i jestem zachwycona. Nie wyobrażam sobie już bez niej życia :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie mam i raczej się nie skuszę, najbardziej lubię drewniany grzebień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, że znalazłaś coś, co Ci odpowiada. Chociaż próbowanie nowych rzeczy bywa ekscytujące ;)

      Usuń