sobota, 30 marca 2013

Maseczka oczyszczająco-antyoksydacyjna, by dobrze wypaść na śniadaniu

Cześć. 


Dzisiejszy dzień był dla mnie prawdziwym wyzwaniem ale pomiędzy pieczeniem miliard pierwszego, a miliard drugiego ciasta postanowiłam znaleźć czas dla siebie i Was. 

Dzisiaj krótko i na temat, każdy z nas potrzebuje odrobiny oczyszczenia, przynajmniej od czasu do czasu. Z uwagi na to, że moja skóra jakoś mnie nie lubi ostatnimi czasy oczyszczenia potrzebuję natychmiast. Chcę dobrze wyglądać na święta ;) 

Maseczka oczyszczająco-antyoksydacyjna. 
Baza: 
0,5 łyżeczki czerwonej glinki 
0,5 łyżeczki białej glinki 
0,5 łyżeczki kurkumy - antyoksydant

Rozcieńczacz:
Tu tradycyjnie, skóra sucha oleje, skóra tłusta wodę. A mieszana może pomieszać bądź wybrać jedną stronę.
Ja dodałam: 
łyżeczkę oleju z winogron 
0,5 łyżeczki oleju rycynowego - dodatkowe oczyszczenie
kilka kropel oleju z czarnego kminku - antyseptyk



Uwaga! Zawartość kurkumy sprawia, że skóra może mieć żółtawy odcień po zmyciu maseczki. Ten kolor zniknie wraz z porannym prysznicem dlatego polecam robić ją wieczorem. 



Żeby zadziałała lepiej możemy przed jej nałożeniem wykonać peeling. Ale delikatnie! Maseczka może być dosyć agresywna dla wrażliwej skóry, więc nie chcemy jej podrażniać. 


Na koniec chciałaby życzyć wszystkim wesołych świąt w gronie rodziny i przyjaciół. Ale przede wszystkim życzę Wam odpoczynku ;) 


piątek, 29 marca 2013

Postanowienia wiosenne, czyli przechytrzam sama siebie

Cześć. 



Pierwszym postanowieniem noworocznym było 'Nie zgubić postanowień noworocznych'. Kolejnego dnia nie było po nich śladu i szczerzę wątpię żeby miały się odnaleźć. 

Z powodu mojego nieuporządkowania na skalę życiową postanowiłam utworzyć nową tradycję, a dokładnie mówiąc postanowienia wiosenne. I żeby być bardziej zmobilizowana i zobowiązana do ich wykonania umieszczać je tu, w końcu jak się powie hop. 


Od jakiegoś czasu praktykuję kilka fajnych zachowań, które chciałabym kontynuować, więc się tu znajdą. Ale będą też takie, od których do tej pory trzymałam się z daleka i coś trzeba z tym zrobić. 

1. Lepiej się odżywiać, w tym całkowicie zrezygnować z cukru w czystej postaci. 

To praktykuje już od przerwy zimowej, kiedy to stwierdziłam, iż dojrzałam do decyzji o zrzuceniu wagi na poważnie. Cukier mam zamiar dawkować sobie w owocach i itp. jest go tam sporo i jest zdrowszy, więc mój organizm nie dozna szoku. W tej chwili jego spożywanie mocno ograniczyłam, a w razie potrzeby używam cukru brzozowego. Chcę też przyjmować więcej witaminy A, C, E i tran.

Codziennie piję lemoniadę <3

2. Utrzymam codzienne treningi na poziomie 1 godziny. 

Sama poskładałam ćwiczenia na rozmaite partie mięśni, żeby mój trening był zróżnicowany i przez to wolniej mi się nudził. A wierzcie mi nudzę się szybko. 


3. Ciągle będę chodziła na spacery. 

Od 3 lat przez ponad godzinę dziennie, codziennie spaceruje po okolicy. Bez względu na pogodę i stopień zmęczenia, czasami po prostu snuję się po ulicach tempem równym ślimakom. To mocno mnie odstresowuje, słuchając muzyki pozwalam ulecieć całemu napięciu. 
Na tym skończą się moje zasady w kwestii zrzucenia zbędnego balastu, więc zdradzę Wam, że w sumie od mojej najwyższej wagi do teraz udało mi się pozbyć aż 10 kg. Metodą baby steps, i bez większych wyrzeczeń na raz. Jestem z siebie bardzo dumna. 


4. Przeczytam wszystkie książki jakie mam. Chyba, że będą tragiczne, wtedy oddam je do biblioteki. 

Powiedzmy, że to postanowienie jest długofalowe, o ile w ogóle możliwe. Książki kupuję wręcz nałogowo, dochodzi do tego, że gdy mam bardzo podły humor jedynym, co może mnie uratować jest wyprawa do księgarni. Wychodzę powąchawszy wiele stronic, wymacawszy wiele stronic, przeczytawszy milion środkowych stron i kupiwszy przynajmniej jedną. Bardzo często towarzyszy mi wtedy histeryczny śmiech. Ale znajomych i rodzinę to bawi, bez względu na to jak dziwnie to wygląda i jak bardzo nie umiem tego powstrzymać. 

Kawalątek jednej z moich półek.


5. Wybiorę porządne studia, na których nie tylko będę się męczyć ale też znajdę w nich coś fajnego. 
Przygoda z filologią polską pokazała mi, że szkolne przedmioty mają się nijak do studiów. Teraz staram się zabrać do wyboru kolejnego kierunku ale podchodzę do tego jak pies o nadwrażliwych łapach do bardzo najeżonego jeża.

Tak się wzbraniam.

6. Rozwinę jedną z moich pasji. 
Interesuję całym mnóstwem rzeczy ale niczemu nie poświęcam odpowiednio dużo czasu, by być w tym ekspertem. Czas to zmienić. 

Zrobiony, połamany i posklejany przeze mnie zegar.



7. Definitywnie skończę remont mojego pokoju 

Jestem małym majsterkowiczem, więc wykonuję każdy remont w domu odkąd rodzice się rozwiedli. Problem polega na tym, że jeśli mogę to najchętniej niczego nie kończę, jak w moim pokoju. Nieskończone rzeczy walają się to tu, to tam i czekają aż dojrzeję, by się za nie zabrać. 


Chcę coś takiego zrobić.


8. Poświęcę moim ubraniom więcej uwagi. 

Zazwyczaj wkładam pierwszą lepszą rzecz, nikłe ilości dodatków i wychodzę z domu. Sporo czasu dobieram je w sklepach do mojej figury, więc nie wyglądam źle ale stylizacje nie przykuwają wzroku. Chyba, że naprawdę nie mam, co robić przed wyjściem. 



9. Więcej kosmetyków DIY! 

Uwielbiam je robić, wypróbowuję większość przepisów jakie spotkam w sieci. Do tego postanowienia potrzebuję większych zakupów półproduktowych ale na to nie będę narzekać ;) 

Część moich zasobów

And last but not least
10. Spędzać więcej czasu z przyjaciółmi. 

Marnuję go w hurtowych ilościach sufitując lub przed ekranem komputera, więc czemu nie spożytkować go w bardziej kreatywny sposób? 
Misza <3

Może i Wy wyprowadzicie taką tradycję w końcu zawsze można coś poprawić ;)



czwartek, 28 marca 2013

Liquid liner jako ideał kobiety w pośpiechu

Cześć. 


Swoje 5, może nawet 15 minut przeżywają w tej chwili eyelinery żelowe. Chyba nie ma blogerki, która nie rozpływa się na linerem od bobbi. I sama to rozumiem ale moja przygoda z kreską na górnej powiece zaczęła się w dniu moich urodzin, kiedy to dostałam doskonały liner w płynie. 

Tak na marginesie dostałam go od taty, który nie miał najmniejszego pojęcia, co właściwie kupował. Wybrał się do douglasa i chwycił kilka produktów, które akurat były pod ręką. 

A wśród nich liner BeYu. 




Kolor: Przeczytałam ogrom recenzji linerów, w których dziewczyny wylewają łzy w tęsknocie za prawdziwą głęboką czernią i w desperacji kończą z żelowym kumplem. Ja tego problemu nie zaznałam mając za kompana to czarne cudeńko. W dodatku ta czerń podoba mi się znacznie bardziej niż jakiegokolwiek żelusia, jest bardziej żywa, nie płaska i matowa. 

Rozmazywanie: Nope. Kreski zostają gdzie były przez cały dzień. No chyba, że zaczniemy trzeć oczy, aż taki twardy nie jest. Nie występuje u tu też żadne kruszenie, jeśli po pomalowaniu nim powieki znajdziecie czarne okruszki to lepiej sprawdźcie ważność maskary, bo to nie on. 

Wodoodporność: Tu nie jest tak ciekawie. W potokach łez będzie spływać ale kiedy wytrzemy ciemne strużki, tak by nie naruszyć pierwotnego kształtu kreski to sytuacja łanie się klaruje. A jedyną rzeczą jaka wskazuje na chwilową rozpacz jest zaczerwienie oczu. 
Ale trzeba wspomnieć, że producent wcale wodoodporności nie obiecuje. 

Opakowanie: Bardzo poręczne, nie wysuwa się ręki, nawet dopiero posmarowanej, tak zazwyczaj się malowałam. Ładnie się otwiera ale jest szczelne, więc płyn nie wysycha. 

Pojemność: 3.5 ml nie brzmi jakoś niesamowicie ale wystarczyło mi na rok(!) codziennego malowania kresek. A nie są to kreseczki o grubości pajęczej nóżki, tzn. zależy, o którym pająku mówimy. 








Pędzelek: Uwielbiam długie, cienkie i miękkie pędzelki od linerów, a przekonałam się o tym na jego przykładzie. Pół miękkie, gąbczaste, zupełnie twarde - nigdy jakoś mi nie pasowały, a skoro znalazłam mój ideał nie zamierzam się do nich przystosowywać, bo i po co.

Ogólne wrażenie: To spec od idealnego kociego oka na szybko. Kiedy nie mam czasu zawsze sięgam po niego, a w efekcie nie wyglądam gorzej niż w przypadku, gdybym nad makijażem spędziła dłuższą chwilę. Można go wrzucić do torebki i nie martwić się czy się wyleje, gwarantuję, że nie. 

Koszt: 50 zł
Dostępność: I tu zaczynają się wysokie schody. Po tym jak zaczęłam malować się bardziej oparami niż samym płynem postanowiłam go znaleźć i za wszelką cenę zakupić. To okazało się nie być proste, a nawet niemożliwe. Odwiedziłam wszystkie douglasy we Wrocławiu i przeszukałam strony internetowe. Nic. Wszędzie są linery z grubym, twardym pędzlem, o cienkim nikt nie słyszał. Może trafiła mi się limitka i o tym nie wiem...


Nie przez przypadek na zdjęciach są dwa różne kosmetyki. Będąc pogodzona z myślą, iż nie znajdę go przynajmniej przez jakiś czas, podczas zakupów w biedronie wrzuciłam eyeliner z bell do koszyka, nie licząc na żaden spektakularny efekt.

Początkowo w ogóle o nim zapomniałam, leżał sobie na dnie przegródki na maskary i czekał. Kiedy wreszcie sobie o nim przypomniałam czekała mnie przeszkoda. W tej postaci jawiła mi się ogromna twarda i rozjeżdżająca się końcówka, którą to miałam wykonać precyzyjną operację 'kreska'. 
Po kilku pierwszych fiaskach, podjęłam decyzję o zastosowaniu pędzelka od beju. Końcówka nie mieściła się do słoiczka od bell, więc maziałam jedną końcówką o drugą.



Nie czepiać się moich serduszek, starałam się żeby były ładne.

Trudy nie okazały się być daremne. Jakkolwiek opakowanie i pędzelek od bell są tragiczne, tak sam płyn dorównuje kolorem i trwałością temu z beyu.

Zostałam pocieszona! Ale nie chcąc się bawić w bieganie z dwoma linerami postanowiłam przetransportować płyn do drugiego słoiczka. Pomogła mi w tym najzwyklejsza strzykawka z igłą. Haczyk polega na tym żeby podczas takiego przenoszenia nabrać do strzykawki jak najmniej powietrza, co wcale nie jest proste. Inaczej liner może szybko wyschnąć.

Po tej sztuce mogę w pełni cieszyć się moim eyelinerem z domieszką diy ;) 

Chciałabym Wam jeszcze pokazać moją nagrodę w dowcipnym rozdaniu u Arszenic
Czy ja Ci już dziękowałam?



Pudełeczko wyjątkowo bardzo przypadło mi do gust, taki niby nic.





Już pierwsze testowe szczotkowanie na sucho mam za sobą. Myślałam, że będę raczej cierpieć wyczekując końca tortur ale, o dziwo, całkiem mi się podobało. 


A jak mijają Wam przygotowania do Wielkanocy?

wtorek, 26 marca 2013

Eko pisanki

Cześć. 


Zbliża się Wielkanoc, a co za tym idzie, święcenie jajek. Półki są pełne dziwnych chemicznych nie-wiadomoc-co, które mają sprawić, że pisanki będą piękniejsze, bardziej kolorowe. Generalnie cały świat zapała zazdrością, trzecia wojna światowa, te sprawy. Aspekty religijne nie są moją bajką, więc zatrzymamy się tutaj. 

Mnie osobiście przejmuje grozą za każdym razem, gdy przypomnę sobie eksperymenty z dzieciństwa z takimi barwnikami. Skorupki popękały i jajka malowniczo pokryły się kolorowymi pajęczynami. Niestety okazało się, że organizm ma problem z poradzeniem sobie z takimi kolorkami, a w łazience może zrobić się zielono. 


Kolejnym etapem pisankowym było zaklejanie ich naklejkami z bajek. W moim dziecięcy mniemaniu, wyglądały absolutnie cudownie. Ale teraz jakoś ciężko dostać ładne naklejki, wszędzie tylko jakieś dziewczynki z podpisem Disney, choć nie wyglądają na animowane. A klej też pewnie niespecjalnie dobrze wpływa na trawienie. 

Dlatego od kilku lat praktykuję eko pisanki. Oznacza to generalnie gotowanie jajek z naturalnymi produktami, które puszczając soki farbują skorupkę. Ten sposób wydaje mi się najlepszy. Jajka nie przejmują obcego smaku ani zapachu. A po ostygnięciu można złapać coś ostrego i zabrać się za kształtowanie swojej kreatywności wyskrobując niesamowite freski. 

Wiele osób sądzi, że taki sposób bardzo mocno ogranicza kolorystykę. Pędzę uświadomić was, że ani trochę. W końcu barwy barwników były inspirowane naturą, która chętnie się nimi podzieli. 

Produkty i barwy jakie otrzymamy: 

Łupiny żółtej cebuli - żółty 

Łupiny czerwonej cebuli - żółtobrązowy 
Obierki buraków - brązowoczerwony 
Całe liście czerwonej kapusty - niebieski 
Posiekane liście czerwonej kapusty - trochę inny niebieski 
Jagody - fioletowy 
Sok z buraków - różowoczerwony 

A jeśli połączymy składniki wyjdą nam przedziwne wariacje na temat. Intensywność barwy możemy zmieniać za pomocą różnego czasu gotowania oraz ilości barwników. 

Sposób przygotowania: 

Żeby zrobić takie pisanki wystarczy zagotować wodę w garnku (można dodać odrobinkę octu ale ja nie przepadam za zapachem) i wrzucić jeden z produktów barwiących. No i oczywiście jajka, jeśli o nich zapomnimy to możemy się chwalić tylko kolorową wodą. 


Po ostygnięciu i wyrzeźbieniu czego-tam-chcemy bierzemy odrobinę jakiegokolwiek oleju i smarujemy jajka żeby błyszczały jak diamenty. Wcale nie będą tak błyszczeć ale możemy w to wierzyć.


Ta-dam! Teraz i Wy możecie być eko w święta. 


A jak wyglądają Wasze pisanki, też są kolorowe czy po prostu wrzucacie do koszyka jajka z lodówki?

poniedziałek, 25 marca 2013

Serum ultranawilżające Dalii i pomidorki

Cześć. 


Dzisiaj chcę przedstawić recenzję serum, które zdążyłam Wam przedstawić przy okazji zakupów na początku miesiąca. Dalia Cosmetics Serum z kwasem hialuronowym - ultranawilżające. 




Używam go ok. 20 dni i myślę, że wystarczy mi jeszcze na 2-3 dni. Stosowałam je zaraz po umyciu twarzy dwa razy dziennie, czasami częściej. Producent mówi o dawce 3-4 kropel, co okazuje się zupełnie wystarczające. Nie jest, więc bardzo wydajne. Ale przy stosowaniu raz dziennie wystarczyłoby na 1,5 miesiąca. Kwestia podejścia, dla mnie tak sobie. 






Bardzo spodobała mi się jego konsystencja, dzięki zawartości kwasu hialuronowego jest lepko wodnista. Pięknie się rozprowadza, a po paru sekundach cała lepkość znika, błyskawicznie wchłonięta przez skórę. 





Przejdźmy do działania, w końcu to najważniejsze. Musimy pamiętać, że kwas hialuronowy nie wnika głęboko w skórę, ma on za zadanie zatrzymywać wodę w środku działając z obrzeży. I naprawdę się sprawdza. 
Stosowałam serum pod krem nawilżający, odstęp między jednym a drugim stanowiło kilka sekund. Kiedy spróbowałam z serum zrobić samotnika moja skóra włączyła syreny alarmowe i darła się o krem. Ekstremalni suchowcy tak już mają, przyzwyczaiłam się. 
Serum sprawiało, że składniki nawilżające zawarte w nim samym i każdym innym produkcie jaki nałożyłam na twarz działały znacznie dłużej. 
Zazwyczaj po kilku godzinach nakładam kolejną partię nawilżaczy w ciągu dnia, teraz ten czas wydłużył się.
Fajnie mieć trochę mniej upierdliwą skórę niż zazwyczaj :)


Na ten produkt natknęłam się przypadkiem i kupiłam przede wszystkim przez skład. Nie jestem ekspertem, moje doświadczenie i wiedza w tej dziedzinie są raczej nikłe. Ale wciąż jest to znacznie więcej niż posiada większość społeczeństwa konsumentów.

Kierując się tym doszłam do wniosku, iż skład jest całkiem niezły, zawiera dużo nawilżaczy i jest on krótki.

Skład: Aqua, glycerin, propylene glycol, oryza sativa extract, sodium hyaluronate, hydrolized caesalpinia spinosa gum, caesalpinia spinosa gum, phenoxyethanol, ethylhexylglycerin

By wydać ostateczny sąd posiłkowałam się stroną http://www.cosdna.com/eng/ingredients.php



Wydaje mi się, że jest bardzo przyzwoicie. 

Ogólne wrażenie: Jest dobrze, chyba nawet pokuszę się o kolejną. 
Dostępność: Kiepściutko, jestem stałą bywalczynią drogerii, a widziałam ją tylko w jednej. Pozostaje internet. 
Koszt: Zapłaciłam 13,50 zł, jak na serum to mało.


Korzystając z okazji pokażę Wam moje nowe kwiatki. Konkretnie pomidory :) 




Zasadziłam je kilka dni temu i są bardzo małe, więc dla utrzymania wilgoci muszą przebywać pod folią.  
W kwestii wyjaśnienia to jestem mały ogrodnikiem, a z braku ogrodu sadze wszystko w doniczkach i obstawiam nimi mieszkanie. Aktualnie staram się wyhodować awokado i pomidorki koktajlowe. Zobaczymy jak mi pójdzie ;) 

Moje pasje są mocno zróżnicowane, a Wy czym interesujecie się oprócz kosmetyków?

niedziela, 24 marca 2013

Zimowe... tfu, wiosenne samobójstwo i betaina

Cześć.


Pierwszy weekend wiosny powinno się spędzić aktywnie. Uczcimy w ten sposób każdy kolejny weekend, dokładnie taki sam jak poprzednie - leniwy. Różnica polega na lepszej pogodzie za oknem. 

Postanowiłam postąpić według tejże zasady i wybrałam się w najbardziej wiosenne miejsce, jakie zdołałam wymyślić. Góry. 




To już wina tej spóźnialskiej wiosny, że wypaczyła mi postrzeganie jej samej. 

Tak więc, wlazłam na Śnieżkę. A później jeszcze zeszłam. Ledwo żyję. Ale za to mam nową złotą myśl! "Raki na nogach sprawiają, że życie jest łatwiejsze". Serio, posiadanie wielkich, ostrych kolców dodaje powagi. 

 Postanowiłam uwiecznić dla Was jak pięknie śnieg się skrzył. Ale śnieg jakoś nie miał ochoty ze mną współpracować. 


 

Marny efekt porównując z rzeczywistością ale i tak lepsze niż miejska plucha.


 Żeby zupełnie nie odbiegać od tematu przewodniego bloga pochwalę się moim nowym problemem. 
Otóż robiąc zakupy półproduktowe dojrzałam coś o wdzięcznej nazwie betaina. Tak mi się brzmienie spodobało, że aż wpakowałam do koszyka. 




 No i dostałam jeszcze 80 g gratis :D 

Tylko jest drobny problem, nie mam pomysłu co z tym zrobić. A raczej gdzie dosypać. 

Poratujecie mnie swoją kreatywnościąw kwestii betainy?



piątek, 22 marca 2013

Trzym się cieniu, żadnych migracji mi tu!

Cześć. 


Jakiś rok temu nie miała pojęcia, że coś takiego jak baza pod cienie istnieje. Z prostego powodu - nie miała większych problemów z cieniami. Zwykle używałam inglotowych i do tej pory jestem z nich bardzo zadowolona. Ale kiedy usłyszałam o czymś, co miało by sytuację jeszcze polepszyć zostałam zaciekawiona. Z tą ciekawością tak sobie żyłam, aż wpadłam do natury i na półce zobaczyłam bazę za grosze.





Kupiłam i oczekując efektów zaczęłam się malować nierówno. Nierówność polegała na tym, że jedno oko malowałam z podkładem w postaci bazy, a drugie jak zwykle. Z początku byłam częstym gościem łazienki, po to tylko żeby przylepiając się do lustra mogła przeprowadzić dokładną inspekcje wszelkich migracji. 




I co? I nic. Cienie zawsze zbierają mi się w załamaniu ale w bardzo mały stopniu, prawie niezauważalnym. A rozmazywanie dotyczy tylko zewnętrznego kącika oka. Obie te cechy nie zostały wyeliminowane ani nawet złagodzone przez essencee. Po cały dniu obydwoje oczu, za każdym razem, wyglądało dokładnie tak samo.





Jej dobrą cechą jest krycie, ono nie powala ale dla mnie było w sam raz. Stosuję ją jako korektor pod oczy i na powieki. Ma świetną konsystencję i łatwo się rozprowadza. Ale uwaga! Jeśli nałożymy zbyt dużo, nawet tak kropka na samą powiekę to zbyt dużo, potrafi nawet zmoczyć i posklejać pędzel. Kiedy nałożyłam zbyt dużo i postanowiłam najzwyklej blendować do upadłego skończyłam z pandą w wersji albino.





Jest delikatna dla skóry i absolutnie nie wysusza, co jest ogromnym plusem. Niestety kolor wpada raczej w pomarańcz, więc trzeba się przyłożyć do rozcierania, żeby ta cecha nie rzucała się w oczy. Ale za to nadrabia wydajnością, mam ją już kilka miesięcy i nawet nie widać zużycia. Przez cały ten czas nie zgęstniała, co też jest ważne.


Ogólne wrażenie: Jako baza zupełnie się nie sprawdza ale jako korektor daje radę.
Dostępność: Wszędzie jest, podejrzewam, że nawet jak nie ma to zapytana ekspedientka wyciągnie z pod lady i sprzeda na czarno.
Koszt: Chyba 115 zł? Wydaje mi się, że jeszcze spadło ale znając tendencje polskiego rynku nie jestem pewna.



Może polecicie coś, co przywróci mi wiarę w bazy?

czwartek, 21 marca 2013

Witaminki dla każdej dziewczynki na zastępstwo wiosny

Cześć. 



Dzisiaj powinna się z nami przywitać cieplejsza pogoda, jak widać nie jest ona zbyt dobrze wychowana, więc trzeba sobie radzić na własną rękę. 
Proponuję poczuć się wiosennie/letnio z pomocą koktajlu owocowego ;) Uwielbiam je, są mało kaloryczne, a bardzo bogate w witaminy i smakują bajecznie. 




Ja przygotowywałam się na całą zimę mrożąc część owoców jakie kupowałam latem. Truskawki, jagody, borówki, żurawina, takie skarby zapełniały mój zamrażalnik przez ostatnie pół roku. A wszystko po to żebym mogła ratować swój nastrój owocami przed zimową deprechą. 

Co ciekawe, dowiedziono, że mrożone owoce i warzywa pomimo, że tracą trochę na smaku, w zamian zyskują więcej witaminy C. Lepiej być nie może ;) Wolę je znacznie bardziej niż tych kilka świerzych truskawek za 10 zł, które czasami są dostępne w supermarketach w środku zimy, sama chemia, aż cud, że nie świecą.





Tutaj trochę bardziej wiosennie, na tle kwiatka i kamyczków z nad morza :)


Zrobienie takiego koktajlu to rzecz banalnie prosta. Do blendera wrzucamy zamrożone owoce, jeśli nie mamy własnych te sklepowe też będą dobre. Dolewamy cały kubek chudego jogurtu naturalnego lub mleka i miksujemy.




W zależności ile dodamy jogurtu możemy otrzymać albo pyszne lody albo równie smaczny koktajl. 

I tak oto otrzymujemy wspaniałe zastępstwo dla samej wiosny, nawet wpasujemy się temperaturą.



A Wy jak radzicie sobie z biegunem północnym za oknem?

wtorek, 19 marca 2013

Jak uratować niekryjący lakier?

Cześć. 


Kilka tygodni temu kupiłam sobie lakier z vipery o cudnym granatowym kolorze. Zadowolona z siebie za tak zachowawczy zakup wróciłam do domu, by przypieczętować transakcję wykorzystaniem go do celów manicurowych. 


Jakie było moje rozczarowanie kiedy okazało się, że cudny kolorek w kontakcie z płytką prawie nie istnieje. Krycie było katastrofalne, po trzech warstwach i całych latach wyczekiwania żeby wszystko wyschło, efekt można podciągnąć pod zadowalający. 

Przyczyną takiego stanu jest kiepska pigmentacja lakieru. Producent mógł tego uniknąć dodając większą ilość barwników. 



Z początku poświęcałam się w imię pięknego koloru, w którym nadal jest zakochana po same uszy. Ale w pewnym momencie powiedziałam stanowcze Stop!. Głównym argumentem by coś z tym zrobić był fakt, iż obejrzałam wszystkie filmy jakie miałam czekając aż wyschnie. Mój filmweb się rozwinął :D 





Przypadkowo przeczytałam gdzieś, że żeby wzmocnić kolor najlepiej jest zaserwować pod niego bazę neutralizującą kolor płytki, czyt. biały lakier :) 
 
Z uwagi na brak takowego w mojej malutkiej kolekcji, postanowiłam posiłkować się odżywką od Eveline, która ma białawe wykończenie i w dodatku szybciutko schnie. Nałożyłam jej dwie warstwy, a oto efekt: 





Kolor na palcu środkowym jest idealnie taki jak w buteleczce. Na obydwu palcach jest nałożona tylko jedna(!) warstwa lakieru kolorowego. 
Granat okazała się nawet bardziej soczysty niż przy nałożeniu 3 warstw jego samego. 

Do takich sztuczek najlepiej jest użyć mocno kryjącego białego lakieru.


Drugą opcją uratowania takiego lakieru jest dołożenie pigmentów, wtedy krycie się poprawi. Ale tej metody nie polecam, gdyż w większości przypadków po prostu zmienimy kolor lakieru przez nieznajomość dokładnych proporcji barwników.


Wy też macie jakieś sprawdzone sposoby by radzić sobie z takimi lakierami?

niedziela, 17 marca 2013

Piękne oczęta, czyli najlepsza biała kredka

Cześć. 



Trików makijażowych mających powiększyć oko jest całe mnóstwo. Od odpowiedniego kształtu cieni, przez ich fakturę i kolor, po kreski. Jedną z powszechnie znanych jest wybielenie lini wodnej oka za pomocą białej kredki. 
Sprawdziłam już nie jedną, m.in. macową, od avon, vipery i kilka innych. Ale moim absolutnym faworytem jest kredka od Catrice, Kohl Kajal



Trafiłam na nią przez zupełny przypadek kiedy zupełnie zniechęcona do zakupów czekałam aż koleżanki dokonają swoich. Od niechcenia sięgnęłam pierwszy, lepszy kosmetyk z półki i przejechałam po ręce sprawdzając kolor. Wtedy przepadłam. Była bajecznie mięciutka i mocno napigmentowana. Bez zastanowienie ustawiłam się w kolejce za koleżankami. 

Przez długi czas testowania, bo używam jej już od ponad pół roku, dowiedziałam się o niej wiele i są to same pozytywy. Jest to zdecydowanie najbardziej trwała kredka jakiej używałam. Wymaga poprawek, w końcu nie jest to wodoodporny eyeliner ale daje radę. Nakładałam ją zazwyczaj dwa razy dziennie, rano i po południu. Jak już wspomniałam jest bardzo miękka, przez co malowanie linii wodnej nie jest nieprzyjemne. Jej miękkość nie zaważyła na łamliwości, jeszcze ani razu mi się nie złamała. Jest też całkiem niezła jako samodzielny liner na powiekę do zrobienia kreski, zupełnie odmienia makijaż ale potrafi się rozcierać. Problem zażegnałam kładąc ją na powiekę pokrytą duralinem. Można również z powodzeniem używać jej do rozświetlenia kącika oka lub łuku brwiowego, ładnie się rozciera i stapia ze skórą. 




Z demakijażem nie ma problemów, kredka nie jest wodoodporna pomimo, że się tak w jakimś stopniu zachowuje. Wystarczy najzwyklejszy płyn micelarny. 

Bardzo ubolewam, że z tej serii nie ma kredki beżowej lub brzoskwiniowe, one również ładnie wyglądają na linii wodnej. 


Ogólne wrażenie: Bardzo udany produkt, warto posiadać ją w swojej kosmetyczce. 
Dostępność: Nie jest obecna we wszystkich szafach Catrice, nie mam pojęcia od czego to zależy. Moją zakupiłam w magnolii. 
Koszt: ok. 8 zł

Może znacie jakiś dobre jasne kredki? Chętnie poszerzę horyzonty.


sobota, 16 marca 2013

Lioele Water Drop Sleeping Pack czyli nawilżanie dla każdej cery!

Cześć. 


Kremy na noc zazwyczaj są na tyle tłuste, że zabezpieczają naszą skórę przed utratą wilgoci przez te kilka godzin tarzania się w pościeli. U sucho-skórnych sprawdzają się świetnie bo są prawie w całości wchłaniane. Ale co z tłustą cerą? Albo kiedy nie mamy ochoty lepić się do każdej powierzchni latem, a całkowite odstawienie tłuściochów zaowocuje odwodnioną maską zamiast twarzy? 

Otóż przybywam z odsieczą! Około rok temu miałam ten problem i ze wszystkich sił starałam się go zażegnać, nie wracając przy tym do zimowych sposobów. I udało się! Poszukiwania zabrały mnie aż do Azji ale było warto. Dowiedziałam się o całonocnych maseczkach utrzymujących wilgoć i jednocześnie pozwalających oddychać skórze. Pomimo mało przyjemnych doświadczeń z takimi produktami, postanowiłam dać szansę tym o dalszym pochodzeniu.






Początkowo moje podejście było dosyć sceptyczne. Za pierwszym razem wycisnęłam z tuby zbyt dużo produktu, który w kontakcie z palcami zrobił się dziwnie wodnisty. Nasmarowałam, więc nie tylko twarzy ale szyję, dekolt i ręce. I wtedy zaczęłam się denerwować. Byłam cała usmarowana
 kosmetykiem, który okazał się nie mieć ochoty na szybkie wsiąkanie. Ale uparłam się, że będę go wycierać ze skóry, więc chodziłam po mieszkaniu wściekle wymachując rękami. Kiedy w końcu się wchłonął podążyłam, czym prędzej do łóżka. Po obudzeniu chwyciłam lusterko mając ogromną ochotę wydać triumfalny okrzyk, oznaczający, że żel poległ pomimo mojego poświęcenia. Zamiast tego zaniemówiłam i gapiłam się z głupią miną we własne odbicie. Zero suchej skóry, żadnego uczucia ściągnięcia, a wokół oczu mogłam wyczuć jakby wilgoć.






Później okazało się, że maseczka nałożona na delikatny kremik nawilżający nie zawierający żadnych olejów wchłania się znacznie szybciej i działa lepiej niż w przypadku, gdy nakładamy ją solo.
To to uratowało mnie, gdy próbując nałożyć Mishę pod oczy, jak robią w Korei, otrzymałam susz i ściągnięcie. Żaden krem nie pozbył się uczucia ściągnięcia, aż zmyłam wszystko inne i nałożyłam tylko Lioele. Jak ręką odjął.





Opakowanie bardzo uprzyjemnia korzystanie, jest zrobione z miękkiego i wytrzymałego plastiku oraz zamknięcia na klik. Całość jest na tyle wytrzymała, że maska nie wypływa niechciana, a przy dozowaniu produktu możemy wykazać się precyzją.

Dzięki swojej wodnistej konsystencji jest bardzo wydajna, kropką wielkości ziarna grochu możemy wysmarować całą twarzy i zostanie nam trochę na rękach.

Mogę z czystym sumienie polecić ją każdemu ale żeby być z niej zadowolonym trzeba najpierw zaakceptować fakt, że trzeba dać jej chwilę żeby wchłonęła się w skórę. Jeśli tego nie zrobimy to nawilżenie dostanie poduszka, a jej to do szczęścia nie potrzebne.

Ogólne wrażenie: Mam zamiar popróbować jeszcze innych produktów tego typu. Ale Lioele zostanie ze mną jeszcze długo.
Dostępność: Sklepy internetowe, tę dostałam na asianstore.pl ale są dostępne na ebay.
Koszt: Za 120 ml zapłaciłam 56-57 zł u asianstore.pl, na ebayu za podobną cenę ale czeka się znacznie dłużej.


A jakie sposoby na gładką skórę o poranku macie Wy?

piątek, 15 marca 2013

Genialne banały: Nigdy więcej brudnych wacików! I akcja Vichy

Cześć. 


Wczoraj wpadła do mnie koleżanka, korzystając z okazji zrobiłyśmy sobie mini babski wieczorek z malowaniem paznokci. Kiedy wyciągnęłam mój zmywacz zrobiła wielkie oczy i zaczęły się pytania, a co to jest? 

Pomyślałam, że nie tylko ona nigdy nie używała zmywacza z gąbką i postanowiłam się nim z Wami podzielić. 





Jak widać prezentuje się znacznie ciekawiej niż normalne zmywacze z zakrętką. Jest też znacznie  bardziej wygodny. Kiedy używałam tradycyjnych strasznie się wściekałam, gdy próbowałam zmazać jeden kiepsko pomalowany paznokieć, a do kilku innych  przyklejały się kawałki wacików ze zmywaczem i w konsekwencji trzeba było pozbyć się zmywacza z całej dłoni, nawet z dwóch. Upierdliwe jak cholera, chociaż dzięki takim powtórkom nauczyłam się porządnie malować pazurki. 
I jeszcze to wylewanie, ile razy zdarzyło się wam wylać na wacik zbyt dużo i płyn ściekał po całej dłoni? Miałam jeszcze paranoję ze zużytymi wacikami, kiedyś położyłam jeden na sekundę na stole, a ten rozpuścił lakier z mebla. Nie wyobrażacie sobie ile wysiłku kosztowało mnie ukrycie mojej winy ale nikt do tej pory nie wie, że to ja :D Teraz, oprócz Was.





Teraz wszystkie te problemy może pożegnać. Schludny pojemniczek nie będzie psuł nam wystroju kosmetyczki i zauważyłam, że nie zdarza im się rozlewać przy podróżach. Po odkręceniu wieczka pomalowany paznokieć wkładamy w wyciętą w gąbce szparkę i kręcimy pudełeczkiem. I tyle, lakier spływa wsiąkając w gąbkę, a my nie brudzimy sobie rączek. Zakręcamy, a on czeka do następnego użycia. 

Pomimo, że go regularnie używam staram się mieć gdzieś buteleczkę najtańszego zmywacza do paznokci. Genialnie usuwa klej z wszelkiego rodzaju powierzchni płaskich np. luster i pustych opakowań po olejach.

Możecie samodzielnie zrobić taki zmywacz. Potrzeba wam tylko gąbki,czegoś czym przetniecie ją do połowy, niedużego słoiczka i zmywacza, który wlejecie po wciśnięci do słoika gąbki.

Ogólne wrażenie: Już nigdy nie będę korzystać z buteleczkowych zmywaczy. 

Dostępność: Z nią bywa różnie, czasami największe drogerie nie mają go w swoim asortymencie. Ale za to powinien być na półkach w sklepach osiedlowych. 
Koszt: Cena od 2,50 zł do 5 zł. Trochę więcej niż za tradycyjny ale wolę dołożyć tą złotówkę niż tracić nerwy. 

I jeszcze mały news. Vichy rozesłało darmowe boxy z próbkami do wybranych aptek http://poland.vichy.pl/sections/nowosci-i-konkursy/test-przyjemnosci/doc/Apteki.pdf 
Nie trzeba kupować żadnych kremów, tylko poprosić o próbki. 
Ja już swoje mam :)

  1. Aqualia 3 ml
  2. Idealia  3ml
  3. Normaderm 1,5 ml 
  4. Neovadiol Gf 1,5 ml
  5. Lift Activ 1,5 ml


Jeśli będą jakieś problemy z ich otrzymaniem trzeba się żalić na fanpage'u vichy na facebooku.

Wy też korzystacie z takich akcji czy może wolicie kupić pełnowymiarowe cacka?

czwartek, 14 marca 2013

Kucharzymy kosmetycznie

Cześć. 



Sera drogeryjne są zazwyczaj drogie i nie wszyscy są w stanie rozszyfrować skład, więc nie może być pewni czy wszystko, co jest zawarte będzie służyć naszej skórze. Dlatego też każda maniaczka lub jak kto woli, pasjonatka urodowa prędzej czy później dochodzi do momentu, gdy zaczyna pichcić własne kosmetyki. Doskonale byłoby, gdyby każda posiadła najpierw dogłębną wiedzę chemiczną ale kto ma teraz na to czas? Większość korzysta z gotowych przepisów znalezionych w internecie. I ja nie jestem lepsza, chemia teoretyczna jest moim koszmarem, natomiast internet wieloletnim przyjacielem. Równanie jest więc proste. Ale żeby nie wyjść na całkowitego amatora postanowiłam przygotować się najlepiej jak potrafię. Przetrząsnęłam sieć i znalazłam mnóstwo przepisów na wszelkiego rodzaje sera. Tutaj pokażę Wam jeden z prostszych sposobów, który odrobinę udoskonaliłam pod profil mojej skóry. 

Jak już wspominałam, jestem posiadaczką cery naczynkowej/ płytko unaczynionej. Taki typ jest mocno wymagający w pielęgnacji, dziś zabawimy się we wzmacnianie ścian naczynek na twarzy z  pomocą witaminy C.

To serum jest również przeznaczone do każdego innego rodzaju cery, witamina c ma działanie rozjaśniające, ściągające, wspomaga działania przeciw fotostarzeniu się skóry i wiele innych. 


Czego potrzebujemy: 




Witaminę C - kwas askorbinowy 1 ml, czyli stężenie 10%
Glicerynę 2,5 - 3 ml (ten składnik możemy pominąć jeśli nam szkodzi)
Glukonolakton 1 ml
Wodę do iniekcji 5 ml
Buteleczki z zakraplaczem 
Papierki lakmusowe (sprawdzające ph)
Miarki
Zlewki lub kawałek zrolowanej kartki


Sposób przygotowania: 

Banalny, wlewamy wodę do iniekcji i glicerynę. Odmierzamy witaminę c i wsypujemy do buteleczki. To samo robimy z glukonolaktonem. Zamykamy i porządnie potrząsamy aż do całkowitego połączenia się składników. Wtedy otwieramy i sprawdzamy ph,  powinno być poniżej 3.




Moje na 3 jest zbyt ciemne, na 2 za jasne, więc się udało ;) 
Serum robimy tylko 10 ml, ponieważ nie zawiera konserwantów i może być używane najdłużej przez 2 tygodnie. Musi ono przebywać w lodówce.

Powodzenia!

To serum robiłam z Wami po raz pierwszy, więc relację z testów zdam dopiero po wykończeniu buteleczki.


Macie już za sobą swoje pierwsze sera? Może podzielicie się świetnymi przepisami, jestem bardzo ciekawa ;)

wtorek, 12 marca 2013

Przyjaciel każdej splątanej gadżeciary

Cześć. 


O Tangel Teezer było swego czasu bardzo głośno blogosferze, trochę jak z beauty blender. Z uwagi na to, że skusiłam się na kupno tej szczotki w okresie końcowym 'fali' dopiero teraz mogę przedstawić pełną recenzję. 

Oryginalnie był to prezent dla mojej mamy na urodziny, gdyż wtedy miała problem z wypadającymi włosami i wynajdowałam wszelakie sposoby by to zastopować. Mama się z nią nie polubiła, bo po prostu nie lubi poświęcać sobie zbyt dużo czasu - nudzi ją to. Wtedy szczotka została sierotą. A jako, że uwielbiam tego typu zabaweczki zagarnęłam ją z diabolicznym uśmieszkiem. I zaczęło się wielkie testowanie. 





Z rozczesywaniem idzie znacznie łatwiej, szczotka 'przepływa' przez pasma wydając przy tym mało przyjemny dźwięk ale da się przeżyć. Moje włosy jakoś specjalnie się nie plączą ale różnice na prawdę czuć. Jako, że normalne szczotki wbijają się w pasma, a napotykając splątane włosy ich nieelastyczne bolce splątują je bardziej przez siłę jakiej używamy ciągnąc je w dół. 



Przez łatwiejsze rozczesywanie faktycznie wyrywa mniej włosów ale nie zauważyłam jakiejś zatrważającej zmiany w ich ilości na szczotce. Chociaż przestałam mieć wyrzuty sumienia czesząc je kiedy są jeszcze mokre.


Jeśli chodzi o ergonomiczność uchwytu, który jest jednocześnie głową tangle teezer, to muszę powiedzieć, że do moich małych dłoni jest on idealnie dopasowany. Nie zdarzyło mi się żeby wypadł mi z ręki i potoczył się po podłodze ale wiele dziewczyn o tym wspominało. 






Mam włosy krótkie, choć na początku testów były naprawdę długie, więc sprawdziłam oba warianty i muszę przyznać, że szczotka poradziła sobie świetnie. 
Ale będąc szczerą powiem, że jest to bardziej fanaberia niż jakaś niezastąpiona inwestycja. Można z powodzeniem używać szczotki z włosia z dzika lub jego imitacji. Sprawdzi się równie dobrze, a przez twarde włosie krążenie skóry głowy zostanie lepiej pobudzone niż w przypadku tangle. 

Mimo to szczotkę kupiłabym raz jeszcze, jeśli np. gdzieś ją zgubię. Jestem zbyt łasa na gadżety, szczególnie w tak świetnym kolorze, żeby z niej zrezygnować. 



Ogólne wrażenie: Zapracowała na to by ją polecić nawet najlepszej przyjaciółce. Bardzo ją lubię. Przyjaciółkę też. 
Dostępność: W większości drogerii internetowych oraz allegro. 
Koszt: Ten waha się od 40 - 60 zł. Ja z dostawą zapłaciłam chyba 55 zł.


Wy też macie słabość do takich kosmetycznych nowinek? Może przekłada się to również na inne dziedziny?

poniedziałek, 11 marca 2013

Domowa apteczka, czyli zasotosowanie wit. A

Cześć. 


Jako małe dziecko miałam ogromne problemy skórne przez atopowe zapalenie skóry i kilka przypadłości, które zdołałam odziedziczyć. Alergia skórna była najgorsza i zamieniła na kilka lat powierzchnię moich rąk w suchą tarkę z ranami. Na szczęście zdołałam wszystko w miarę okiełznać.
Ale od najmłodszych lat nabyłam ogromnego doświadczenia w kwestii pielęgnacji. Moim najlepszym przyjacielem okazała się maść z witaminą A.

Witamina A jest zalicza do grupy witamin młodości, więc każdy kosmetyk w nią wzbogacony zasługuje na uwagę.

Działanie witaminy A na skórę:
- wygładzające,
- zmiękczające,
- poprawienie kolorytu (jest pozyskiwana z b-karotenu i przekształcana w retinol, bądź pozyskiwana w postaci retinolu ze zwierząt)
- wspomaga walkę z przebarwieniami,
- przeciwłojotokowe,
- przeciwzapalne,

Ze względu na dwa ostatnie działania stosowana jest ona w produktach mających na celu walkę z trądzikiem i zaskórnikami np. epiduo.

 Wersję do stosowania codziennie znalazłam w aptece, a w zasadzie znalazła ją moja mama. Jest to maść ochronna z witaminą A.
Nie przypadkiem wklejam zdjęcie z cyberprzestrzeni, moja tubka wygląda jak po strasznych przejściach ;)

Skład maści jest bardzo prosty, to niemalże sama witamina i wazelina, takie niby nic. Ale pod niepozornym składem kryje się gigant.

Zimą można ją stosować codziennie, ochroni delikatną skórę przed mrozami. Ale jest dosyć tłusta, więc kremowałam się nią, po czym robiłam herbatę i śniadanie, a gdy się wchłonęła przykładałam do twarzy czystą chusteczkę.

Lepiej sprawdzi się jako krem na noc, można ją używać nawet wokół oczu. Pożegnacie się suchą skórą i zmarszczkami spowodowanymi wysuszeniem.
Pod nią polecam stosować coś lekkiego i nawilżającego, a osiągniecie doskonały efekt.

Jest ona odpowiednia dla każdego rodzaju cery, przez swoje działanie na wielu frontach.

Ogólna ocena: Powinni wprowadzić przymus posiadania w domowej apteczce.
Dostępność: W każdej aptece.
Koszt: Cena od 2,50 zł do 5 zł.

niedziela, 10 marca 2013

Pielęgnacja ust dla nadwrażliwych

Cześć. 


W sklepach i aptekach roi się od produktów do pielęgnacji ust, masła, pomadki, kremy, itp. Jest ich na prawdę dużo. Mam tylko jeden problem, otóż większość z nich sprawia, że wokół ust pojawiają mi się wściekle czerwone wykwity. Pieką, bolą i nie chcą odejść aż do momentu gdy odstawię to czego akurat używam. Porównywając składy nie doszłam do żadnego wniosku, bo większość jest różna. A podstawowe składniki w postaci solo nijak mi nie przeszkadzają.

Pomimo niedogodności nie poddaję się i wykupuję kolejne wynalazki, a w ostateczności korzystam ze starej, dobrej wazeliny i własnoręcznie ukręconego balsamu do ust. 

Ale zdarzył się cud! Ostatnio sporo ich tutaj... 



Podczas zakupów na http://biocosmetics-polska.pl/kremy-i-sera-pomadka-ochronna-z-wit-e-i-z-prowit-b5-rozne-smaki/p,250713 wrzuciłam do koszyka i ją. 

Z nastawieniem 'będzie jak zawsze' zaczęłam nieśmiało wsmarowywać ją w usta. Kiedy reakcji alergicznej zabrakło z coraz bardziej rosnącym optymizmem się nią maziałam. 



Używam jej kilka razy dziennie od gwiazdki, więc jest niemożliwie wydajna, nawet nie wiedziałam, że pomadki mogą tyle wytrzymać. Nawilża i utrzymuje to nawilżenie przez wiele godzin, wit. B5 wyeliminowała problem pękających warg. Produkt jest bez zarzutu, można się za to przyczepić do opakowania. Przy najdrobniejszym uderzeniu pęka i kruszy się osłonka. Jest mało wytrzymała i w tej chwili spoiwem między górną a dolną częścią opakowania są dwa 'sople' plastiku, więc bez przerwy się otwiera. I miała być o zapachu malinowym, zapachu nie ma wcale. Pomimo wad nadal jest to mój kosmetyk wszech czasów do ust, z braku kandydatów na konkurencje.



Ogólna ocena: Bardzo fajna, szalenie wydajna, bezsmakowa, bezzapachowa, idealna dla alergików.
Dostępność: Tylko strona producenta, dostępna w czterech wersjach.
Cena: 3,39zł i przesyłka. Nie dużo, a przy następnych zakupach zaopatrzę się w kolejne dziesięć, które posłużą mi całą wieczność.

sobota, 9 marca 2013

Pogrubienie, a raczej jego brak

Cześć. 


Mam nadzieję, że dzień kobiet się udał ;) Mi - owszem. Ale teraz muszę coś odreagować, konkretnie ogromne rozczarowanie. Zacznijmy od początku, rzęsy mam raczej niewyróżniające się, ni to super podkręcone, ni długie, ani nawet gęste. Po prostu rzęsy, zazwyczaj lubię je wydłużać i podkręcać z pomocą tuszu i zalotki. Ale od czasu, do czasu mam ochotę na intensywne ciemne obwódki wokół oczu, bez babrania się z cieniami. Słowem, mam ochotę je pogrubić, nie często ale jednak. 




Dlatego ucieszyłam się, gdy do prezentu gwiazdkowego dostałam dołączony tusz pogrubiający. Extra-Volume Collagene miał 12 krotnie większą moc spojrzenia. Nie brzmi to wiarygodnie ale ten, kto wierzy specom od reklamy nie zajdzie daleko.



Zawiera on cząsteczki kolagenu, które pod wpływem wilgoci mają pęcznieć i zapewniać nam pogrubienie. Tylko, że tusz sam w sobie jest wilgotny, więc jeśli pęcznieje w opakowaniu, to logicznie rzecz biorąc nabiera się go mniej, bo cząsteczki kolagenu zabierają więcej miejsca niż w zwykłych tuszach. Nie jestem pewna czy dobrze to zrozumiałam, aczkolwiek brzmi to idiotycznie.




Kolejną jego super cechą ma być mega wielka szczoteczka, która przez rozmiar ma wchłaniać więcej tuszu, problemowi numer 1 machamy chusteczką na pożegnanie. Niestety w praktyce okazuje się, że szczoteczka klasyfikuje tusz do kategorii tych, którymi trzeba się uczyć malować od podstaw. Bowiem, jeśli użyjemy jej jak każdej innej, chętniej pomaluje ona powieki niż rzęsy. A nawet jeśli tą sztukę opanujemy pomalowanie jednego rzędu rzęs zajmie nam całe stulecia. A na koniec i tak okaże się, że spartoliłyśmy makijaż mazem na powiece.




Ale załóżmy, że trafi się ktoś utalentowany, komu nie będzie to sprawiać problemu. Ok, ale nadal jest bardzo kiepsko. Pogrubienie mówili? Dwanaście razy więcej mówili?!





Żarty sobie robią z klientów. Jeśli to ma być pogrubienie to moje rzęsy w wersji naturalnie wcale nie istnieją. A to nie jest jedna warstwa, więc jest to już całkowite nieporozumienie.




To są zdjęcia robione zaraz po nałożeniu maskary, w miarę upływu czasu, tj. po 15 minutach, opadając, jak gdybym chciała nimi kogoś dźgać. A do tego wszystkiego jeszcze skleja rzęsy, nie jakoś bardzo ale zauważalnie na tyle, że przed lustrem siedzę kilka chwila i zaciekle je rozczesuję.

Plusem może być ładna czerń o to by było na tyle. Nic więcej pozytywnego nie dostrzegam.


Ogólna ocena: Jeśli komuś podchodzi mogę odsprzedać za ułamek ceny. Najlepiej szybko.
Dostępność: W większości drogerii, choć chyba powoli znika. Albo mi się wydaje.
Cena: 53 zł?! Za takie badziewie? Loreal zniechęcił mnie do ich produktów na jakiś czas.


Znacie tę maskarę? A może masakrę?